Mamy Mikołajka,
Ignacego i Jeremiego


blog rodziców trójki dzieciaków :-)

"Enlightenment for a wave in the ocean
is the moment the wave realises
that it is water."

Piaskowy ludzik :)
matki
Po raz kolejny "natchnieniem" dla napisania tej notki jest cedosia .
Mamy sporo wspólnego - i liczba dzieci jest tu tylko przypadkowa ;-)
Czasami aż mnie zadziwia, że jest gdzieś zupełnie "obca" osoba z której odczuciami można aż tak się identyfikować.
Bo Cedosia bardzo często pisze to co i ja bym napisała. Więc ja już nie czuję potrzeby eskalacji siebie - skoro ktoś to już ujął w słowa. I pozostaje mi sie tylko pod nimi podpisać.
Czasami jednak "przywali" taką notkę jak ostatnia. Że mnie wbija w fotel.
No bo ludzie - rozumiem, podobne sytuacje, podobne uroki życia codziennego z autysytkiem...Ale żeby aż tak ?!
Zdziwniej i zdziwniej..

Wracając do tematu.
Wdzięczności brak.
Rozumiem, że pokutuje u nas syndrom "matki - polki". A w odniesieniu do matek naszych dzieci - jest zdaje się nasilony. Nie wiem ile z tego jest wynikiem oczekiwań społeczeństwa faktycznych,  ile nastomast narzuconej nam przez te oczekiwania postawy koniecznej "dzielności".
Czy przez konieczność sprostania wizerunkowi zatracamy odwagę do mówienia tego co rzeczywiście wiąże się z byciem matką "takiego" dziecka?

Pieprze to.
Godząc się na ten układ odbieramy sobie prawo do bycia wkurzonymi, zmęczonymi i bezsilnymi, czasami rozczarowanymi i pełnymi żalu. Bo w naszym przypadku - wdzięczności brak jest najbardziej bolesną konsekwencją choroby.
Jesteśmy i to bardziej niż matki "zwykłych" dzieci matkami bez przyszłości. (wiadomo, będzie postęp, będzie lepiej, ale nigdy...nigdy nie usiądziemy w fotelu wiedząc, że nasze dziecko poradzi sobie samo w świecie).

Więc cedosiu - czapki z głów za zamieszczenie takiej notki.
Nie wiem, dlaczego trzeba odwagi żeby głosić takie prawdy na forum publicznym. Bo dlaczego trzeba by odwagi, żeby pokazać prawdę? To powinno być naszym naturalnym prawem. Prawem do obrony i ukazania tej resztki siebie, która jeszcze została po całodziennym galopie, zajęciach, terapiach, użeraniach się, płaczach, krzykach, braku empati.
Zdziwione spojrzenia czy milczenie innych matek - jest ich problemem. Czasami trudno pogodzić się z tym, że ktoś ma odwagę zwerbalizować nasze "bóle" i przyznać się do nich głośno. Jest to obrazoburcze, obnaża ich słabości - bo kurna...nie wierzę, że te które rzucają po czymś takim jedynie milczeniem..nie przechodzą czegoś podobnego. Nikt nie jest w stanie przeżyć tego wszystkiego z uśmiechem na twarzy i dzielnością w sercu.

Co nam pozostaje?
Mi pomogła akceptacja tego jak jest. Szkoda energii na walenie głową w mur.
Przyznanie sobie prawa do złości, frustracji.
Żartobliwe spojrzenie na szaleństwo codzienności - żeby nie oszaleć trzeba się z tego pośmiać.
Ironia (ja nie idę przez życie..jestem ciągniona przez moje dziecko ;-)
Ostatnio spotkania z pewnymi specjalistami skłoniło mnie do refleksji, że chyba już nie ma we mnie nadzieji. Umiera ostatnia? A niech zdycha.
Jest mi lepiej bez nadzieji - kolejny omam którego zniknięcie pozwoli mi na stawienie czoła rzeczywistości. Brak nadzieji - sprawia, że pogodzenie się i akceptacja mają więcej do powiedzenia.

Żeby nie było tak całkiem beznadziejnie ;-) próby stworzenia normalnego życia - wbrew wszystkiemu - pomagają także w zachowaniu równowagi.
Żyjemy jednak a społecznej alienacji. Z racji miejsca życia (z dala od rodziny), z racji kolejnego nowego domu (nikogo nie znamy w naszym mieście) z racji braku czasu, z racji Mikołaja, który nie ściąga do domu tłumu przyjaciół.
Ciężko więc zrealizować zasadę "it takes a village to raise a child"
Może powoli uda nam się gdzieś zapuścić korzenie..

To jedna strona medalu. Drugą jest relacja z dzieckiem. Wrażenie jednostronnej miłości - brak odzewu z jego strony.

"Spojrzenia jej znużyła mijająca krata,

że już nie zatrzymują nic, mdlejące.

Czuje, jak gdyby było sztab tysiące,

a za sztabami już nie było świata.



Jej kroki giętkie jakby się łasiły

kręcąc się ciągle w tym najmniejszym kole,

tworząc jak gdyby taniec siły

wokół środka, co więzi ogłuszoną wolę.



I tylko czasem uniesie się wyżej

zasłona źrenic - I obraz się wdziera,

idzie przez członków naprężoną ciszę -

i w głębi serca się zaciera."   

Czasami dziecko się przez "to" przedziera, jego uczucia, przywiązanie, miłość, spojrzenie przytomne, śmiech, zrozumienie. Trzeba łapać te chwilę.
I nie zapominać, że ono ciągle tam jest i wierzyć, że czeka na nas po tamtej stronie.


Jest jeszcze trzecia strona (pewnie z tysiąca innych).
Relacje rodzinne. Mąż - żona, babcie, rodzina.
U nas jedna z babci ma syndrom "pomódlmy się, moze on się uleczy", durga "jest jak jest - trzeba żyć". Odgadnięcie której postawa jest mi bliższa nie jest trudne. Szkoda tylko, że to moja mama popada w stan "modlitewny".
Relacja mąż - żona.
Takkkk...chyba nie będę się w tej kwestii wypowiadać, bo jak pokazują ostatnie miesiące spieprzyć się może wszystko w najmniej oczekiwanym momencie. I na razie nie wiem czy jest to tylko "piękna katastrofa" czy początek końca.




przyszlamama 2010-02-03 08:41:51
skomentuj (4)
sylwester
Dzięki dziewczyny za życzenia :-)
Udało Wam się to ZEN ?
Mi przyznam szczerze - prawie...Pękłam przez moją mamę. Nie miałam serca mówić jej, że nic nie robimy. Przywiozła w słoikach farsz na uszka i pierogi. Trzeba było zrobić. Nie narzekam, to taki rytuał u mnie w domu był. Lepienie pierogów i pogaduchy babskie. Kiedyś jeszcze z babcią. Teraz już tylko z mamą.
Uświadomiłam sobie, że niedługo będę musiała stać sama przy tych pierogach. Nie będzie z kim porozmawiać. Córki jak wiamomo - nie mam, a na chłopaków raczej nie liczę. Więc kultywuję tę pamiątkę ze swojego dzieciństwa póki mogę.
Pozatym - ZEN.
Prezenty. Dzieciaki uszczęśliwone toną książek, zabawek etc. Mnie babcia uszczęśliwiła pościelą (khmm).
Choinka - hit mimo, że z pudełka.

Prawie się popłakałam na widok lodowiska...Takie tam - resentymenty i żale o to co by mogłobyć a nie jest..
I prawie się popłakałam, jak przez telefon rozszczebiotana teściowa zadała mi pytanie co robimy na sylwestra...
Nie posądzam jej o złośliwość...bo przecież wie jak jest.

Życzenia na Nowy Rok?
Wam życzę spokoju, radości, siły i odwagi, czasu dla siebie..
Sobie nie wiem czego życzyć.
Żeby przestało mnie ruszać to co jeszcze potrafi zaboleć.
Spiżu sobie życzę. Na sobie.


przyszlamama 2009-12-28 08:35:37
skomentuj (3)
zen
8 dni do świąt.
odliczacie?

Upiekłam pierniki (2 sztuki - jeden jedzie z teściową na wigilię do "ich" rodziny).
My tzn. ja i drugi piernik zostajemy z naszą rodziną.
W tym roku święta sponsoruje  ZEN.
Lub jak ktoś woli hasło "P...dolę, nie robię".
Boże - jak mi z tym dobrze !!!

Patrzę na te tłumy ganiające po sklepach, słucham rozmow orbitujących wokół tysięcy pierogów do ulepienia, ryb, sałatek, makowców, pieczeni na dalsze święta - i co...?
ZEN
Nie rusza mnie to wcale.

Błogi ten stan zawdzięczam wieloletnim staraniom pewnej osoby (Khmmm..) dla której to całe świąteczne szaleństwo było bez sensu, po co, na co, daj spokój, olej to.
I w tym roku osiągnęłam stan doskonałości.
Przestało mi zależeć.

Prezenty dla dzieciaków są (no nie oszukujmy się - w końcu co oni winni, że matka przeszła do wyższych stanów świadomości). Choinkę (miniaturkę) wyjmę z kartonika i postawię na możliwie najwyższej półce.
Piernik na stół.
No i może herbatka...

Nic mi nie sschrzani nastroju świątecznego. Bo wiadomo - ZEN.
Niczego nie oczekuję.
Jest OK.
Reklamy caffy jacobs z mikołajem i choinką - kłamią.
Udały się komuś takie święta jak z obrazka?
Mi nigdy.
Więc przestaję się napinać.
ZEN
Czego i Wam życzę :-)

przyszlamama 2009-12-16 15:04:48
skomentuj (3)
.
Ostatnia notka tutaj jest z maja. Nieźle..
Beznadziejny ze mnie bloger.
Zresztą "korespondent" równie do d... Na listy raczej nie odpisywałam/uję, na maile - jak muszę.
Nieźle mi zawsze szło bajdurzenie na czatach. Ale teraz - nie mam na to czasu.
A potem sie dziwię, że jakoś słabo u nas z utrzymywaniem "więzi międzyludzkich".
Wytłumaczenie zasadnicze jest chyba jedno.
Zmęczona jestem.
Praca-dom-praca-dom-praca-dom-praca....
Albo to przesilenie jesienne, albo faktycznie wypaliłam się już.
Zawsze byłam osobą "energetyczną", gotowało mi się pod czaszką, zawsze w ruchu, pełna planów, działań - grunt, żeby sie działo.

Teraz swoją aktywność zredukowałam do minimum:
-prasowania (tyllko to co noszone na wierzchu...niestety. nawet taki fetyszysta wyprasowanych ciuchów jak ja - poddaje się wobec ogromu prasowania przy 5 osobach),
-gotowania (tylko w łykendy i obiad dla nas - dorosłych, którego przygotowanie zajmie łacznie 20 min.),
-sprzątania (tylko zamiatam, ogarniam po wierzchu. Kiedy poziom syfu osiąga stany alarmujące - rzucam się do gruntowniejszego zdrapywania brudu...ciff czyni cuda.),
Pozostały wolny (hahah) czas to DZIECIAKI.
Po poworcie do domu maluchy oblepiają mnie jak małe gumożelki. Muszę wyrwać chwilę na ćwiczenia z Mikołajem (w miarę codziennie). I już jest 19 i kaszka, pampersy, czytanie, spanie..
O 21 jem kolację i dowidzenia się Państwu bo muszę wstać o 5.20!
Q..wa..
To wstawanie mnie dobija najbardziej...

Jeszcze pół roku temu robiłam więcej, częsciej, z uśmiechem na ustach.
Teraz mam wrażenie, że nie idę przez życie...a się wlekę.
Gorzej nawet - jestem "ciągniona" ...ciągnie mnie poczucie obowiązku. I jakaś taka cecha charakteru zbliżona chyba do zawziętości bulteriera ("zesram się a nie dam się" pardon maj lengłidż).
Tak szczerze...
to pary w tym kotle zostało już tylko na tyle..
puf
puf
........biiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiiip.




przyszlamama 2009-11-23 12:42:13
skomentuj (2)
i

Mich spadł w zeszły poniedziałek z huśatwki w przedszkolu i złamał prawą rękę w 2 miejscach.
Szczęśliwie bez przemieszczenia, ale i tak pobyt na izbie przyjęć, rtg, zakładanie gipsu to coś o czym długo będziemy pamiętać.
Oraz o Pani z RTG która z tonu: "No CO TY TA KI DU ŻY CHŁOPAK ! NIE PŁACZ! SIADAJ TU!"
przeszła - po moim delkiatnie "wywarczanym" komunikacie nt. autyzmu oraz nieskuteczności takiej gadki w tym tonie tym bardziej
na ton: "Siaaaadaaaaj tutaaaaj łaaaaadnie, nieeeeee bój sięęęęęę, spokoooooojnieeeee".
Swoją drogą - takie łagodne podejście jednakowoż powinno być w pakiecie w stosunku do małych pacjentów. To nie wojsko w końcu.
Ale może ja się nie znam.
Pani Doktor postawnowiła cyt: "ze względu na jego chorobę" (słowo daję, że jak to mówiła to nie byłam pewna czy mówi o złamanej ręce czy o autyźnie :-) "damy mu długi gips do ponoszenia przez prazwe trzy tygodnie".
I nosi.
Na początku próbował go zdjąć "Mamo - zdjąć!" przy wieczornym rozbieraniu. Teraz jakoś toleruje.
Wraca do przedszkola właśnie bo od siedzenia w domu dostawał hysia. Panie przysięgają, że będa pomagać przy jedzeniu, sikaniu, pilnować na placu zabaw (bo Micho nie uważa, że brak jednej sprawnej ręki jest w czymś przeszkodą i włazi wszędzie).
Zobaczymy.

A my "wyrodni" rodzice jednak wyjechaliśmy na 2 dni na mazury. Bosh! Drugi raz w ciągu 6 lat bez dzieci. I w świetnym miejscu. Jestem stworzona do pobytu w hotelach ****. A jakie jedzeeeenie było. Pogoda dopisała, rajd terenówkami był super, rejs po jeziorze również. Do tego baseny, jazzuzi. Wróciliśmy cali i trochę nam zeszło napięcie z ramion.
Musi tego "relaksu" wystarczyć na długo.
Za dzieciakami tęskniłam - na początku znacznie (i marwiłam się a jakże), potem w miarę zbliżania się jezior, coraz fajniejszych widoków za oknem a wreszcie po super lunchu martwienie jakby mi zmalało (poza tym telefony do domu co 3 godz. utwierdzały mnie że jest OK). 
Fajnie.
Ale na dłużej bez nich już bym chyba nie pojechała. Po zachłyśnięciu się wolnością i odzyskaniem samostanowienia (teraz poleżę, potem wstanę lub nie, pójdę tam lub wrócę do stołu żeby znowu coś zeżreć ;-) myślę, że na dłuższą metę chciałabym żeby chłopaki były tam z nami. Może za parę lat - jak docenią pobyt w takim miejscu i atrakcją będzie dla nich coś więcej niż piach i woda.


przyszlamama 2009-05-11 09:14:45
skomentuj (1)
o wszystkim na długi łykend
Chłopaki rosną.
Jeremi grubiutki, śmiejący się pełną buźką, rezolutny, gadający. Uwielbiam jego przemowy wygłaszane z poważną miną do np. sznurka z klockami (a pe pe Ge Ge OOO) albo okrzyki bojowe w kąpieli.
Ignaś iskierka, malinek, chudziutki chociaż apetyt równy bratu. Powoli zaczyna być też słychać jego głosik ( pe pa pa, daa daa) piszczy jak chce coś dostać, uwielbia piosenki, wierszyki rymowane, pokazuje sroczkę, jak się myje. Najlepiej wychodzi mu wyrzucanie różnych rzeczy z kojca, okrzyki BAAACh i wlepione spojrzenie na dorosłego w oczekiwaniu na „Ojej Ignaś, co zrobiłeś!” No i w przeciwieństwie do brata jest fanem naszego psa (włochatego PONa). Biegnie na chudziutkich nóżkach z brzuchem wypiętym do przodu, dopada sierściucha i wczepia w niego łapki po czym kundel go ciąga po podwórku a on kwiczy ze śmiechu.

Poza tym zaczynają się dostrzegać. Już nie tylko w sytuacjach, gdy jeden drugiemu chce coś zabrać (najbardziej pożądane przedmioty to szczotka do zamiatania, szczoteczki do zębów, kredki) ale także obserwują reakcje swoje. Np. Jeremi zaśmiewa się gdy kręcę im miski do prania na podłodze, Ignac staje obok niego i spogląda z boku na to jak tamten rechocze – po chwili przyłącza się też (widać brata śmieszy – to mnie też może ;-) Albo Ignaś podchodzi do Jeremka, wyciąga łapę nad jego głową (wszyscy już gotowi do biegu – bo zaraz włosy polecą) i zaczyna robić mu „cacy cacy”.

A propos głaskania – kwiatki zakwitły w ogrodzie. Chłopaki na początku szalały, szarpały, urywały i robiły wszystko by zniszczyć zieleniznę. Ale powolna perswazja i nauka robienia „cacy cacy” kwiatkom dała ten skutek, że nie giną całe zagony tulipanów a jedynie pojedyncze osobniki nie wytrzymują nadmiaru uczuć ze strony młodzieży.

Odkryli też uroki korzystania z piaskownicy. Toteż po powrocie ze spaceru wytrzepuję ze spodni, bluz, butów, czapek, wózka jakieś 20 kg piachu a drugie tyle zmiatam z podłogi. Urocze zaprawdę. Kolejne kg kryją się w pampersach więc kąpiele obowiązkowe po takim dniu. Ignac całym sobą czerpie z pobytów na placach zabaw i generalnie wygrywa konkurs na najbrudniejsze dziecko w okolicy. Znaczy szczęśliwe dziecko (wiadomo – dzielą się na czyste i szczęśliwe). Kiedy spacerujemy sobie wieczorkiem i akurat jest np. babcia do obsługi jednego a ja do drugiego wychodzimy sobie na naszą ulicę przed dom, gdzie odkrywamy uroki zaśmieconego lasku brzozowego (cudowne woreczki foliowe, stare butelki po piwie, pety) wszystko nadzwyczaj interesujące i godne podniesienia, zaniesienia do domu ewentualnie (ale matka nie pozwala, no ewentualnie kamyczki cudnej urody). Chyba trzeba będzie zrobić sprzątanie świata i ogarnąć okolicę.

I tak powoli poszerza się świat maluchów. Najpierw łóżeczko, potem pokój, potem dom, ogród, osiedle. Teraz Jeremek gna przed siebie naszą piaszczystą ulicą i odkrywa kawał świata – dobiega aż do 3 domu i dopiero wtedy daje się namówić na powrót do domu. Jutro dobiegnie dalej i dalej.
A jeszcze niedawno ich nie było. W ogóle. Nawet w planach.
A teraz coraz wygodniej rozsiadają się w naszym życiu i świecie.
Ciągle mnie zachwyca, że są.

Micho uroczy jak zawsze. Spacery z nim to temat na osobną opowieść – czasami bywa jak u Pratchetta. Idzie Micho, maluchy w wózku i „gadamy”: „
Już dzieci sodko spiom. Mamo! Mamo!”
„Tak, już dzieci śpiom”
„A tu te tam, tu te, tu te, tu te. Na wami i maz. Na wami! Mamo! Na wami!”
„Tak Michu, na Warmi”
„Lulus, kolejowe, kolejowe. Mamo!”
 „Luluś, narysuj kameleona” „Dugem,kugem, pati pati pati pooo…” etc etc
Może tak nadawać cały spacer, przerywany okrzykami, atakami paniki (Boje pieseków!), zatykaniem uszu, bieganiem (UCIEKAAAMYYY), podskokami, płakaniem (No to nieeeee), śmiechem.

Na placach zabaw ogarnięcie tej trójki przekracza możliwości techniczne jednej osoby. Już bliźniaki to niezłe wyzwanie, do tego Micho też wymaga uwagi.
Scenki czasami komiczne bywają.
 Ganiamy po placu zabaw. Wcześniej było wesołe miasteczko. Micho negocjuje co 2 min. Powrót (Do parku! Ciasteczko Wesołe!) ale młodym też się coś należy, więc na razie posiedzimy tu. Upał. Pot po tyłku się leje. Maluchy szczęśliwe rozłażą się każdy w inną stronę. Micho też. Co chwilę (Mamo! Pohuśtać! Mamo! Pomóż). Jeremek opanowuje sztukę zjeżdżania, Ignac pływa w piaskownicy.
I tak sobie radośnie ganiamy przez godzinę. Mamy już lekko dosyć. Bliźniaki wspinają się na zjeżdżalnię. Ja asekuruję jednego, PM drugiego. Podbiega Micho: „Pić!” Nie mamy wolnej ręki, więc Micho musi sobie sam poradzić. „Idź do wózka, tam jest Twój sok”. Micho po trzecim powtórzeniu popartym gestem (TAAAM! Wózek! Sok!) łapie o co chodzi, biegnie z sokiem.
Zębami odkręcam butelkę, rękami asekurując Jeremka który akurat zawisł gdzieś na wysokościach. Micho pije, odnosi sok (Odnieś do wózka, tam. Do WÓZKA. Dobrze, świetnie!).
Wraca i targa worek chrupek.
Na ten widok wybuchamy śmiechem z PM.
Każde z nas jest zchetane jak koń po westernie, ręce zajęte maluchami, ekwilibrystyka z sokiem już była niezła a tu nadciąga worek chrupek i już wiemy, co się rozpęta za chwilę. Osiągamy szczyt rodzicielskiej głupawki. Jesteśmy w mniejszości, ich jest trzech. Przegrywamy i pozostaje nam już tylko poczucie humoru oddzielające nas od szaleństwa.

Maluchy widząc chrupki podnoszą wrzask (DAAAJ CHAKA!!) Wszyscy walczą o worek (Micho nie chce puścić, Maluchy też). Rozsadzamy towarzystwo, wycieramy ręce, zatykamy gęby chrupkami. Upał jeszcze gorszy.
Potem da capo…
Micho „Pić!” Maluchy dostrzegają butelkę też chcą pić. Wszyscy piją. Ja trzymam ich butelki (bo świetnie się nimi rzuca) Micho skacze ze swoją obok (Micho! Nie skacz bo się zakrztusisz! „nie skacz, nie skacz” i skacze patrząc mi w oczy), PM biega po placu i zbiera rozwłóczone 234 zabawki.
Wracamy do Wesołego ciasteczka. Po 20 min lżejsi o 20 zł wydane na dmuchane zjeżdżalnie wyciągam Micha do domu obietnicą lodów.
Przez 25 min drogi do domu prowadzimy dialog:
„Wafelka! Lody”
„tak, będą lody”
 „Zimne lody, wafelka”
„Jak dojdziemy”
 „Wafelka!”
„Za chwilę”
„Za chwilę wafelka. Mamo! Wafelka!”
„zaraz”
„zaraz, wafelka”
Etc etc.

przyszlamama 2009-04-30 12:36:02
skomentuj (2)
.

Przy okazji dyskusji o jakimś filmie zaczęliśmy wczoraj tworzyć tzw. Pierwszą 10 TOP HIT SUPER filmów Ever.

Oczywiście – każdy swoją, bo okazało się, że mimo że wymieniamy te same filmy to już co do ich klasyfikacji (pierwsza piątka, pierwsza dziesiątka, pierwsza setka) mamy kompletnie inne zdanie.

Moja pierwsza dziesiątka wyglądałaby na dzień dzisiejszy tak (KOLEJNOŚĆ PRZYPADKOWA!):

  1. 12 gniewnych ludzi (z H. Fondą),
  2. Trylogia Władcy Pierścieni,
  3. Pulp Fiction,
  4. Tajemnica Brokeback Mountain,
  5. Zatoichi,
  6. Billy Eliot,
  7. Włoski dla początkujących,
  8. Kill Bill (cz. I),
  9. Tylko miłość,
  10. Joe Black
 

Dobra poddaję się..nie mieszczą mi się tutaj jeszcze:

Amelia,

Trainspotting,

Przełamując fale,

Podwójne życie Weroniki,

Siedem,

Fight club,

Pianistka,

Il monstro (z R.Benigim)

****************************************************************

Zaczyna mnie martwić Ignacy.
Wiecie..

Ruszymy więc z machiną neurolog, foniatra, psycholog..

Bywa, że nie reaguje na swoje imię. Nie potakuje (za to pięknie kiwa nie nie)

Mówi tylko „da”, powtarza jak robią zwierzątka.

Naśladuje, pokazuje części ciała, rozumie polecenia (daj, chodź, idziemy na górę).

Więc nie jest dramatycznie.

ALE

w porównaniu do Jeremiego – jest gorzej

  

No płakać mi się chce nie przeczę.

Bo ile razy można do tej samej rzeki?

 

Z jednej strony – zamarłam.

Z drugiej – czuję, że nie jest źle, że jakoś to się potoczy. Że to jednak nie jest Mikołaj.

 
przyszlamama 2009-03-05 11:05:08
skomentuj (3)
Psychiatra

Misiek w sobotę odrabiał zaległe zajęcia z logopedą a przy okazji wcisnęliśmy go na „darmowe” konsultacje psychiatryczne.

Pojechał z Tatą.

Już na wstępie pani psychiatra zapytała „A gdzie mama?”

"Matka wyrodna dzieckiem się nie interesuje, wysyła ojca" – szkoda, że TM nie walnął takiej odpowiedzi, boby pani pasowało do obrazu „zimnej matki”.

A potem standardowo.

Nie ma cudownej pigułki.

Diagnoza: połowa autyzmu a druga połowa opóźnienia umysłowego.

W całości – Misiek ;-)

Zaburzenia okołoautystyczne – bo echolalie, zaburzenia w sferze społecznej (ale nie dramatyczne) – nie pełny obraz, bo brak stereotypii i innych „umilaczy” autystycznych.

Opóźnienie umysłowe – lekkie łamane na średnie.

No i mój ulubiony tekst:
„Państwo nie powinni mu zabraniać tych zachowań (skakania niepowstrzymanego jak się emocjonuje, dotykania damskich/dziewczęcych nóg) bo on taki jest i jest to silniejsze od niego. Takie zabranianie to wysyłanie do niego negatywnego przekazu, że Państwo tego (jego?) nie akceptują.”

Uwielbiam takie teksty ze strony Pań terapeutek. Tak jak to gdzieś napisała cedosia – one widzą dziecko 1h, a potem wracają do swoich domów, zdrowych dzieci, spokojnej przyszłości, a my zostajemy nie dość, że ze „świrowatymi” zachowaniami to jeszcze z próbą zaszczepienie poczucia winy.

K…mać!

Szkoda, że mnie tam nie było – bo bym chyba poszła po bandzie.

 

Nasze upominanie Micha w tym względzie (nie skacz, nie wolno dotykać nóg) traktujemy jako jeden z etapów wychowawczych. Tak jak naukę mówienia „dziękuję”, mycia rąk czy samodzielnego ubierania.

A może jesteśmy w błędzie?

Pytanie do tych w temacie zainteresowanych – czy wy pozwalacie na takie „odchyły” bez słowa, z pełną akceptacją (niech sobie robi)?

 

Aha – mamy ewentualnie zalecenie na konsultację neuropsychologiczną. Ktoś korzystał? Ki czort? Warto się w to pchać?

 

Swoją drogą, jeszcze parę lat temu słysząc taką diagnozę chyba bym sobie podcięła żyły.

Z czasem jednak człowiek uczy się żyć. Ze wszystkim.


przyszlamama 2009-02-09 08:44:04
skomentuj (2)
'"I am not, I will not be.
I have not, I will not have.
This frightens all children,
And kills fear in the wise."


Doula, czyli przyjazna dłoń na początki macierzyństwa. Doula Gosia Borecka

A może by tak pomóc?
Dom Misi wspaniała idea - zdecydowanie wspieramy
Najmłodsi 5 zł wystarczy:)

Nowe Odkrycia
Mazusy z Kataru
Odchudzona
Druga siostra
Jedna siostra

Dzidziaki
Michalina zostanie w pamięci

Mamusie i tatusie
Cedosia
Mama Naty & ...:-)
Michowa Mama
Już czwórka
Agnieszek

Ciotki & wujki ;)
Ciotka NieAnielica

Przydatne
Mediweb
Bobasy
Babyboom
Potomek
Pod sercem
Zdjęcia (ang.)

Forum
eDziecko na Gazecie
Dziecko Info


::księga gości::

2010
luty
2009
grudzień
listopad
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
lipiec
czerwiec
maj
marzec
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
luty
2006
sierpień
lipiec
maj
marzec
luty
2005
grudzień
listopad
październik
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2002
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień